czwartek, 19 lipca 2012
ŻAŁOBA NA 60 LAT

Z powodu wielkiej i zupełnie niewyobrażalnej katastrofy, jaka wydarzyła się w sobotę 14 lipca w Borach Tucholskich w obrębie mojego ukochanego Nadleśnictwa Trzebciny, ogłaszam na blogu el kondora żałobę, która potrwa do odwołania, być może nawet 60 lat, czyli aż do kresu marnego żywota autora (niestety 60 lat to minimalny okres potrzebny na odbudowanie zniszczonych drzewostanów). Ta straszliwa katastrofa, choć wywołana przez siły przyrody, wydaje się być czymś, z czym absolutnie nie można się pogodzić, czymś, co wywołuje nieuleczalny ból, taki jak po stracie bliskiej osoby. Moje umiłowane Bory Tucholskie w granicach jednego z najwspanialszych polskich nadleśnictw - nadleśnictwa Trzebciny (obejmującego bory w rejonie Tlenia, Osia i Śliwic) zostały na olbrzymiej powierzchni zrównane z ziemią, a z pięknych sosen pozostały tylko połamane kikuty. Nikt, nawet najmądrzejszy meteorolog (choć ci rzadko bywają mądrzy), nie przypuszczał w najśmielszych nawet domysłach, iż na Pomorzu może pojawić się trąba powietrzna o tak dużej sile. Trąba ta zamiast przejść się po paskudnych okolicach Kutna, Łęczycy lub po rolniczym Mazowszu, na trasę niszczycielskiej przechadzki wybrała sobie akurat jeden z najcenniejszych przyrodniczo obszarów Polski - Bory Tucholskie i krainę Wdy.

W nie tak dawnym wpisie pt. "Piękna monotonia" opisywałem piękno Borów Tucholskich, w których byłem kilka razy, prezentując przy tym zdjęcia wykonane w rejonie Nadleśnictwa Trzebciny. Za moment miałem wybrać się ponownie w Bory Tucholskie z aparatem, ale przyszła sobota, 14 lipca. Teraz to już przeszłość bo Borów już nie ma. Teraz pracują tam koparki i pilarze, aby przygotować pobojowisko do nowych nasadzeń. Potem trzeba poczekać chwilkę, czyli...60 lat. Jedynie 60 lat. Tyle potrwa żałoba na moim blogu, której końca zapewne nie dożyję.

Napisałem, że żałuję, iż tornado nie wybrało sobie za cel swej wędrówki rolniczych, całkowicie nieinteresujących, bezwartosciowych przyrodniczo ziem, chociaż jestem w pełni świadom, iż wówczas zniszczone zostałyby domy i gospodarstwa w ogromnej liczbie, znacznie większej niż to miało miejsce w Wycinkach czy Starej Rzece. Jednak dla mnie liczy się przede wszystkim las. Tej straty nie da się naprawić. Nie przez najbliższe 60 lat. Żałobę uważam niniejszym za rozpoczętą. Smutno mi.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012
100 KILOMETRÓW DO RAJU

Równo 100 kilometrów na północ od mojego bloku na łódzkim Radogoszczu (tak, tak, niestety nie mieszkam w zagubionej gdzieś wśród borów leśniczówce, jak niektórzy mogliby sądzić) znajduje się miejsce zgoła odmienne od blokowo-asfaltowo-ruderowo-hipermarketowego, beznadziejnego i depresyjnego pejzażu wielkiego miasta, jakim jest Łódź. Miejscem tym, które każdy miłośnik ciszy, spokoju oraz dziewiczej przyrody mógłby bez najmniejszej przesady uznać za raj na ziemi, jest rezerwat Gościąż. O rezerwacie tym, położonym w głębi ogromnych borów sosnowych Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego, pisałem już rok temu na tym blogu. Jednak pod koniec marca pojawiłem się nad jeziorem Gościąź ponownie po ponad półrocznej przerwie i jeszcze raz uderzyło mnie niesamowite piękno tego miejsca. Rezerwat Gościąż to przede wszystkim jezioro o tej samej nazwie, zupełnie dzikie, nieskażone, otoczone borami sosnowymi porastającymi jego wysokie i niedostępne w większości brzegi. Oprócz jeziora Gościąż w obszarze rezerwatu znajduje się jeszcze kika mniejszych, całkowicie niedostępnych jezior, zwanych "jeziorami na Jazach" oraz otaczające je lasy, również podmokłe olsy i grądy, nieustępujące niczym tym rosnącym w Puszczy Kampinoskiej. Zgoda, w letnie weekendy nie jest tu tak niezmiernie cicho i spokojnie, docierają tu autami (pomimo ogólnej kiepskiej dostępności tych jezior, ale Polak przecież potrafi) mieszkańcy nieodległego Włocławka oraz Płocka, spragnieni kąpieli. Niestety na ogólnopolskie zamiłowanie do kąpania się w jeziorach nie ma lekarstwa - cierpi na tym latem przyroda wszystkich terenów pojeziernych naszego kraju, okupowanych przez tłumy najczęściej zmotoryzowanych wielbicieli wody. Trzeba się z tym pogodzić, bo niestety nie zmieni się masowych upodobań, nie da się na przykład walczyć z młodymi miłośnikami głośnej "muzy", ładnych panienek, strojów sportowych i podjeżdżania niemieckim autem z odzysku, obowiązkowo marki WV Golf, Audi lub BMW, nad sam brzeg dziewiczego jeziora. Na szczęście ten typ ludzi upodobał sobie szczególnie Mazury i Kaszuby, nad jezioro Gościąż docierają oni dość rzadko nawet w wakacje, spotkać ich można za to w nadmiarze na najpopularniejszych kąpieliskach Pojezierza Gostynińsko-Włocławskiego: nad jeziorami Białym i Zdworskim.

Jednak pod koniec marca, gdy pojawiłem się nad brzegiem jeziora Gościąż, pomimo tego, iż była to sobota, nie było tam żywej duszy. Fascynujące, odludne miejsce, zagubione głęboko w lasach, cisza rozdzierana tylko przez wiatr i odgłosy ptaków, urzekająco piękny krajobraz. Prawdziwy raj na ziemi zaledwie 100 kilometrów od mojego blokowiska. Aż trudno uwierzyć, że tylko 100 kilometrów...

Kilka pocztówek z rezerwatu Gościąż:

23:49, conradtheme , krajobrazy
Link Komentarze (8) »
sobota, 31 marca 2012
OOŚ ŻURAWIOWE

Chociaż dzisiaj, gdy za oknem pada deszcz ze śniegiem lub sam śnieg, trudno w to uwierzyć, to jednak w połowie marca przyszła do Polski najprawdziwsza wiosna. Nie można było siedzieć w domu, gnijąc przed monitorem komputera lub, nie daj Boże, przed telewizorem, gdy słoneczko pięknie świeciło, termometr pokazywał przynajmniej 15 stopni Celsjusza, ptaszki śpiewały, a bory i puszcze zapraszały do siebie serdecznie wszystkich mieszczuchów, którzy patrzeć już nie mogli na swoje ohydne i paskudne miasta. Ja, właśnie taki nieszczęśliwy mieszkaniec paskudnego miasta, nie mogłem się w takich pięknych okolicznościach przyrody dłużej opierać pokusie i w sobotę 17 marca wsiadłem do samochodu i ruszyłem ku Puszczy Kampinoskiej. Dojechałem najpierw do Kampinosu (oczywiście mam tu na myśli wieś Kampinos, a nie "Kampinos" w znaczeniu stołecznym, rozumianym jako Puszcza Kampinoska - bo tak właśnie, nie wiedzieć czemu, mówi się w dialekcie warszawskim o Puszczy Kampinoskiej), gdzie skręciłem na wieś Górki, nazywaną również Górkami Kampinoskimi. Tam, na samym początku tej dość długiej, aczkolwiek skąpo zaludnionej wsi, zaparkowałem samochód przy tak zwanej sośnie powstańców:

Jeżeli kogoś widok blaszanego pudełka razi, to przykro mi, ale niestety dystansu 100 km, jaki dzieli mój dom od Puszczy Kampinoskiej, nie przefrunę. Oczywiście jeżeli ktoś mieszka w stolicy, może sobie poszaleć i eksplorować KPN na rowerze, co prawie na pewno bym czynił, gdybym był człowiekiem stołecznym, aczkolwiek jednak przejezdność kampinoskich szlaków dla rowerów nie zawsze jest taka pewna, a często pewne jest, że tej przejezdności nie ma. Nie ma po prostu jak własne nogi i dobre buty (chociaż zwłaszcza po zimie jedynym dobrym obuwiem na puszczę bywają kalosze).  

Celem mojej wędrówki był Obszar Ochrony Ścisłej Żurawiowe. Zdecydowanie bliżej jest do niego z Roztoki niż z Górek, ale ja właśnie chciałem przejść do Żurawiowego z Górek - początkowo czerwonym, a później już cały czas zielonym szlakiem, prowadzącym przez wyjątkowo piękne i dość wiekowe fragmenty puszczy:

Zielony szlak z Górek przecina Babską Górkę, gdzie krzyżuje się ze szlakiem żółtym Leszno-Leoncin:

Zostawiając za sobą Babską Górkę, wchodzimy w przepiękne i bardzo podmokłe fragmenty puszczy - dominują tu bory sosnowe świeże oraz wilgotne:

Aż w końcu docieramy zielonym szlakiem do granicy OOŚ Żurawiowe, będącego mozaiką wilgotnych i swieżych borów sosnowych oraz przede wszystkim podmokłych olsów i grądów, porastających bagna:

Oczywiście nie zamierzam tu nikomu mydlić oczu - OOŚ Żurawiowe jest praktycznie niedostępny ze względu na bardzo podmokły, czy wręcz bagienny charakter jego terenów, jedynie w samym pobliżu zielonego szlaku, który stanowi południową granicę tego OOŚ-a, jest jeszcze na tyle sucho, że można zaryzykować wejście. Od razu przyznaję się, że w głąb Żurawiowego się nie zapuściłem, bo miałem na sobie moje wysłużone, 7-letnie buty trekkingowe, które okazaly się jednak przepuszczać wodę jak gąbka (jesienią jeszcze dawały radę). Tak więc z Żurawiowego wyszedłem w całkowicie mokrych butach (blisko szlaku da się przejść, ale bynajmniej nie po suchym, tyle że nie ma jeszcze regularnego bagna), dobrze że na wszelki wypadek miałem w plecaku 2 pary zapasowych skarpet i kilkanaście stron łódzkich gazet do szybkiego suszenia butów (bo to, że ktoś porusza się samochodem, nie znaczy wcale, że nie ma pojęcia o bardzo wymagającej turystyce pieszej).

Zapuszczenie się w głąb Żurawiowego to byłaby zapewne wielka gratka - w bagiennych ostępach tego OOŚ-a spotkać można łosie. Niestety jest to nielegalne, a poza tym wiąże się z tym ryzyko utopienia się w bagnie. To byłby prawdziwy survival.

Co ciekawe, po drugiej stronie zielonego szlaku, będącego fragmentem granicy OOŚ Żurawiowe, zaczynają się duże połacie monokulturowych, suchych borów sosnowych, ciągnących się aż do Roztoki, które można spokojnie przemierzać w tenisówkach lub sandałach:

Na koniec autor na tle tychże właśnie suchych borów sosnowych:

 

Piękna jest Puszcza Kampinoska. Wracać tu będę jeszcze wiele razy, bo drugiego tak fascynującego obszaru tej wielkości na próżno można szukać w centralnej Polsce. A co to jest te 100 km, które muszę przejechać z mojego miasta, żeby tu się znaleźć? Dla miłośników przyrody, mieszkających w Łodzi, 100 km to prawie rzut beretem - po prostu bliska wycieczka.  

sobota, 03 marca 2012
BEZKRWAWE ŁOWY

Jestem świadom, że trochę mi nie wypada porównywać się lub choćby nawiązywać do działalności i twórczości najwybitniejszego polskiego fotografa przyrody, absolutnego i niedoścignionego mistrza w tej dziedzinie, Włodzimierza Puchalskiego. Mam jednak nadzieję, że nie popełniłem świętokradztwa i świętej pamięci maestro Włodzimierz Puchalski, który zawsze był dla mnie wielkim autorytetem i któremu nie sięgam nawet do podeszwy butów, nie przewraca się w grobie z powodu tytułu tego wpisu.

Sporo się przecież włóczę po lasach z aparatem fotograficznym i raz na jakiś czas zdarza mi się uchwycić spotkanie z mieszkańcami lasu. Oprócz licznych spotkań z sarnami i jeleniami miałem okazję kilka razy przeżyć (nawet tej zimy) także bliskie randez-vous z dzikiem, ale wówczas jakoś nie w głowie mi było ustawianie ostrości, tylko moje własne zdrowie i życie ("kto spotyka w lesie dzika..."- wiadomo). Na szczęście podczas moich dwóch ostatnich spotkań z dzikiem to nie ja uciekałem, więc nie było tak źle, fotek z tych spotkań jednak nie posiadam.

Oto więc efekty moich własnych bezkrwawych łowów - te w późnozimowo-przedwiosennym anturażu odbyły się w zeszłą sobotę w Lesie Stanisławów koło Głowna, a te wiosenne w Puszczy Bolimowskiej wiosną 2011 roku:

 

wtorek, 21 lutego 2012
PIĘKNA MONOTONIA

powyżej: jednolity bór sosnowy z ubogim, głównie jałowcowym podszyciem i wszechobecnymi suchymi trawami to najczęściej spotykany w Borach Tucholskich typ lasu

Ku zmartwieniu wielu leśników i przyrodników ogromna część polskich lasów to jednolite gatunkowo monokulturowe bory sosnowe. Ten stan rzeczy szczególnie widoczny jest w lasach całego Pomorza (za wyjątkiem małych fragmentów buczyny pomorskiej na Pojezierzu Kaszubskim), Kujaw, Polski Zachodniej, Mazowsza, częściowo również Mazur i Podlasia oraz w wielu innych rejonach naszego kraju. Ta sytuacja to oczywiście spadek po rabunkowej gospodarce leśnej prowadzonej zwłaszcza w XIX wieku i szczególnie na terytorium zaboru pruskiego, a w przypadku Polski Zachodniej, Pomorza i Mazur - także w XX wieku, aż do 1945 roku. Wyrąb był bardzo intensywny, a na miejsce wyciętych naturalnych drzewostanów mieszanych pruscy lub też niemieccy zarządcy lasów sadzili samą sosnę, bo ta szybciej rośnie, a więc szybciej nadaje się do ponownej ścinki. No i zaczęły się problemy z klęskami spowodowanymi przez owady-szkodniki - jedna z takich klęsk w latach 20-ych XX wieku zdziesiątkowała na prawie całej, ogromnej przecież powierzchni, drzewostan Puszczy Noteckiej. Na miejsce zniszczonego drzewostanu posadzono, rzecz jasna, wyłącznie sosnę i obecnie Puszcza Notecka jest chyba największym w Europie zwartym kompleksem monokulturowych borów sosnowych (miano "puszczy" ma tu znaczenie jedynie historyczne).

Jednak nie o Puszczy Noteckiej będzie tym razem mowa i nie ona będzie się prezentować na zdjęciach, bo wpis ten poświęcony jest Borom Tucholskim. To właśnie Bory Tucholskie są najbardziej znanym oraz najczęściej odwiedzanym przez grzybiarzy i nie tylko grzybiarzy olbrzymim kompleksem borów sosnowych w Polsce. Powierzchniowo ustępują nieco Puszczy Noteckiej, choć i tak uważane są za trzeci co do wielkości kompleks leśny kraju (nieznacznie większą powierzchnię mają też Bory Dolnośląskie). Drzewostan Borów Tucholskich to idealny przykład jednolitej monokultury sosnowej, porastającej olbrzymi obszar sandru Równiny Tucholskiej. Sosna panuje tu absolutnie niepodzielnie, a dominującym typem lasu jest jednolity bór sosnowy z ubogim podszyciem, w którym występuje najczęściej sam jałowiec, czasem podszycia nie ma w ogóle, a pomiędzy pniami sosen rosną suche leśne trawy. Jedynym gatunkiem, który czasem towarzyszy sośnie, jest brzoza i na tym paleta gatunków się kończy. Tylko w okolicy Tlenia znajdziemy małe fragmenty bardziej urozmaiconych lasów, gdzie sosna (wciąż dominująca) rośnie obok świerka i niekiedy dębu, ale to nawet nie 1 procent całej powierzchni Borów.

Wielu by powiedziało: co za nieznośna monotonia! Fakt, że gdziekolwiek byśmy się nie znaleźli na rozległym terenie Borów Tucholskich, zawsze czeka nas dokładnie taki sam widok - wokół nas setki sosnowych pni, a pomiędzy nimi trawa i jałowce. Każde miejsce wygląda tak samo, bardzo łatwo zabłądzić, jeżeli nie zapamiętuje się lub nie zaznacza strzałkami na piasku kierunku leśnych ścieżek i dróg. Jednak w tej monotonii ukryte jest swoiste piękno wynikające z ładu i porządku, nieobecnego przecież w naturalnych, dziewiczych puszczach, obcego lasom liściastym (wieczny "bałagan" panujący w lasach bukowych, np. w Bieszczadach). Piękno to wypływa także z olbrzymiej powierzchni borów, z ich ogromu. Gdy dochodzimy do kolejnej krzyżówki linii działowych i znów ściana lasu ciągnie się aż po horyzont we wszystkich kierunkach, to dla jednych jest to nieznośna monotonia, a dla innych absolutnie piękna monotonia:

powyżej: pasy przeciwpożarowe w Borach ciągną się długimi kilometrami

powyżej: bór sosnowy w promieniach słońca

powyżej: bór sosnowy z jałowcem w podszyciu czyli typowy las w Borach Tucholskich

powyżej: monotonię Borów Tucholskich urozmaicają liczne śródleśne jeziora i oczka wodne...

...a także śródleśne łąki i tzw. użytki ekologiczne, na których można zobaczyć żurawie (tak myślę, że są to żurawie):

powyżej: W Borach Tucholskich bywa mroczno, zwłaszcza kiedy dzień jest pochmurny i deszczowy 

powyżej: Piękno monotonii Borów

powyżej: niepodzielnie panująca sosna

powyżej: monokulturowy bór sosnowy, z rzadka trafi się jakaś brzoza

Wszystkie prezentowane tu zdjęcia wykonane zostały przez autora w Borach Tucholskich w lipcu 2011 roku

piątek, 10 lutego 2012
SMAK MAZOWSZA W CZESKIEJ SZKLANICY

Na szklanicy, co prawda, napisano "Staropramen", ale w jej wnętrzu złoci się i pieni nie staropramensky prazdroj, tylko nasz sierpecki Kasztelan podobno niepasteryzowany. Czy rzeczywiście jest on niepasteryzowany - odnośnie tego różne panują opinie, jednak smak ma on zaiste świeży i wyrazisty, zauważalnie odmienny (na plus) od mainstreamowej, wielkoprzemysłowej polskiej trójcy: Żywiec - Lech - Tyskie. Myślę również, że moja ulubiona szklanica po sławnym czeskim browarze nie wstydzi się swojej aktualnej mazowieckiej zawartości, bo wstydzić się nie ma czego. Wystarczy spojrzeć na piankę, ale najlepiej przechylić szklanicę i poczuć smak oraz woń Mazowsza. 

WPIS ZAWIERAŁ LOKOWANIE PRODUKTU

23:12, conradtheme , piwo
Link Komentarze (4) »
niedziela, 29 stycznia 2012
KOREA PÓŁNOCNA

Pomiędzy Szczytnem, Jedwabnem i Wielbarkiem rozciąga się duży kompleks leśny nazywany często Lasami Korpelskimi. Nazwa ta wywodzi się od miejscowości Korpele, będącej właściwie przedmieściem Szczytna i jednocześnie siedzibą Nadleśnictwa Korpele. Lasy Korpelskie są w pewnym sensie kontynuacją ogromnego kompleksu lasów nazywanego zwykle Lasami Napiwodzkimi (od wsi Napiwoda koło Nidzicy), ciągnącego się mniej więcej w trójkącie Nidzica - Jedwabno - Wielbark, czasami wobec obydwu kompleksów - Lasów Napiwodzkich i Korpelskich używa się nazwy Puszcza Nidzicka. Jak go zwał, tak go zwał, fakt pozostaje faktem, że południowo - zachodni rejon Pojezierza Mazurskiego jest wyjątkowo bogaty w lasy i to nie małe rozproszone obszary leśne, tylko wielkie i zwarte kompleksy przecięte praktycznie jedynie 2 asfaltowymi szosami (szosą Nidzica-Szczytno i Jedwabno-Wielbark) oraz kilkoma gruntowymi, bocznymi drogami (niektóre z nich wyłożone są wciąż kocimi łbami jak np. droga z Zimnej Wody do Muszaków - ach, te mazurskie nazwy...) prowadzącymi do malutkich, zagubionych wśród lasów i z reguły popegeerowskich, biedniutkich wiosek. To taki polski "trzeci świat" - jedynie "wypasione" auta Warszawiaków gnających, ile fabryka dała, szosą Nidzica - Szczytno na weekend w Krainie Puszcz i Jezior, przypominają o tym, że tylko niecałe 200 km dzieli tą piekną ale ubogą krainę od bogatej i snobistycznej stolicy.

Lasy Korpelskie to w przytłaczającej większości bory sosnowe z niewielkim udziałem świerka (zaznacza się tu początek strefy borealnej - wiadomo, mazurski zimny klimat), jednak pośród tych borów znajduje się wyjątkowo dużo małych jezior i oczek wodnych oraz obszarów bagiennych. Na południe od małej wioski Witówko, a właściwie pomiędzy Witówkiem a śródleśnym Jeziorem Sasek Mały, w samym środku Lasów Korpelskich położony jest jeden z takich dużych śródleśnych obszarów bagiennych, noszący, nie wiedzieć czemu, zwyczajową nazwę Korea Północna. To zupełnie nieskażone, pierwotne miejsce, oaza prawdziwie dziewiczej przyrody, jaką można jeszcze odnaleźć chyba tylko w Polsce północno-wschodniej. To właśnie na skraju bagien Korei Północnej pojawiłem się po ponad godzinnym pieszym marszu od asfaltowej drogi z Warchałów do Witówka z obiektywem mojego aparatu. Zupełnie wyjątkowo mogłem cieszyć się wówczas całkiem niezłą pogodą, bo trzeba tu zaznaczyć, że działo się to wszystko w pamiętnym fatalnym pogodowo lipcu 2011 roku. Gdyby tylko nie te chmary komarów usiłujących pozbawić mnie krwi, to mógłbym powiedzieć, że byłem w raju.

A oto kilka widokówek mojego autorstwa z tego podmokłego raju zwanego Koreą Północną:

sobota, 14 stycznia 2012
LEŚNE PRZEDSIĘBIORSTWO PRODUKCYJNO-HANDLOWE (BRANŻA DREWNIANA)

 

Jest w tym kraju kilku stukniętych dziwaków takich jak el kondor, którzy włóczą się po lasach nie wiadomo po co. No bo po co niby chodzić po lesie, jak się grzybów na wiadra nie zbiera (chociaż w sierpniu zeszłego roku udało mi się w lasach spalskich koszyczek zapełnić), jagód też nie, ziół tym bardziej nie, do tego jeszcze się nie kłusuje, ani nie poluje, ani śmieci nielegalnie nie wywozi, a robotnikiem leśnym również się nie jest. To po jakie licho szwendać się po tych borach i puszczach i płoszyć zwierzynę łowną? Powinno się takich leczyć. Las to nie miejsce na jakieś wysublimowane estetyczne doznania rozkapryszonych i zdziwaczałych mieszczuchów, tylko wielkie i przynoszące konkretne zyski państwowe przesiębiorstwo produkcyjno-handlowe działające prężnie w branży drewnianej. Las to wymierna ilość drewna do pozyskania. Przynajmniej taką koncepcję i wizję gospodarki leśnej prezentuje państwowa firma funkcjonująca pod nazwą Nadleśnictwo Grotniki. Firma jest to może i państwowa, lecz jej celem dawno już stało się osiągnięcie dużych zysków w branży produkcji i sprzedaży drewna. Las to zwyczajna fabryka, tyle że produkująca nie samochody, nie laptopy, nie rajstopy, tylko drewno. Taką właśnie filozofię najwyraźniej wyznają władze Nadleśnictwa Grotniki i efekty takiej filozofii widać, gdy przespacerujemy się po największych kompleksach leśnych podłódzkiego nadleśnictwa: lasach lućmiersko-grotnickich, lesie szczawińskim i lesie Chrośno.

powyżej: po świeżym wyrębie w lasach grotnickich na północ od Grotnik, lipiec 2011 - przy okazji wyrębu wycięto spory drzewostan mieszany i liściasty oraz całkowicie zniszczono znakowaną trasę rowerową 

 O rabunkowej gospodarce leśnej prowadzonej w sąsiadujących z aglomeracją łódzką lasach pisała już kilka lat temu łódzka prasa. Niestety nic w tym zakresie nie uległo zmianie. Co roku w zastraszającym tempie powiększają się powierzchnie wyrębów. Prym w tym względzie wiodą lasy grotnickie. Zaczynają one przypominać coś w rodzaju sita, taką jakby szachownicę, w której pola pokryte jeszcze niewyciętym lasem sąsiadują z polami wyrębów. Tnie się tutaj naprawdę na potęgę, pod piłę idą zarówno fragmenty boru sosnowego, lasu mieszanego, jak i fragmenty drzewostanów liściastych, których w lasach lućmiersko-grotnickich oraz w lesie szczawińskim (gdzie również drwale nie próżnują) nie brakuje. Na początku lata 2011 w czasie dużego wyrębu w lesie mieszanym i liściastym na północ od Grotnik (ok. 1-2 km od cmentarza w Grotnikach, w kierunku autostrady A2) zdewastowano wytyczoną kilka lat wcześniej znakowaną trasę rowerową z Grotnik do rezerwatu "Dąbrowa Grotnicka", z której sam wiele razy korzystałem i z niej robiłem fotki, które były prezentowane na tym blogu. Po wyrębie trasa została całkowicie zabarykadowana ściętymi balami sosen, a w innych miejscach zamieniona została w nieprzejezdne dla roweru piaszczysto-błotniste wyrobisko, zapewne na skutek ciągłego przejeżdżania po niej traktorów i ciężarówek transportujących drewno:

Ktoś powie, że lasy trzeba jednak eksploatować gospodarczo i że państwowa forma własności jest dla nich i tak najlepsza - zgadzam się z taką tezą w 100 procentach, zwłaszcza z tą drugą. Gdyby nie Lasy Państwowe, lasów w Polsce już by pewnie nie było. Są w Polsce, także w województwie łódzkim nadleśnictwa, które traktują las jak prawdziwe dobro, prawdziwy skarb i gospodarują tym dobrem bardzo oszczędnie, skupiając się w dużym stopniu na ochronie drzewostanów. Są jednak i takie nadleśnictwa, które traktują las jak zwykły zakład produkcyjny. Przykład działalności tego drugiego typu nadleśnictw można zobaczyć właśnie na wykonancyh przeze mnie fotkach. Lasy grotnickie znam jak własną kieszeń - szwendam się tutaj pieszo i na rowerze od ponad 20 lat i widzę, co się dzieje. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego tak rabunkowo tnie się lasy będące swoistą otuliną dla łódzkiej aglomeracji, będące jedynymi dużymi obszarami leśnymi znajdującymi się w pobliżu Zgierza i Łodzi. W ogromnych kompleksach leśnych takich jak Puszcza Notecka, Bory Tucholskie albo Puszcza Piska taka gospodarka nie wywołuje aż takich strat i nie niszczy ona w takim stopniu krajobrazu, no bo po prostu połacie lasu są tam tak olbrzymie, że obszary wyrębów nie rzucają się aż tak bardzo w oczy. Jednak nawet w Borach Tucholskich i w Puszczy Piskiej gospodarka leśna wydaje się być prowadzona z dużo większym umiarem i rozwagą niż w skromnych powierzchniowo podłódzkich lasach. A pamiętajmy, że województwo łódzkie należy do województw najuboższych w lasy. 

Poza intensywną eksploatacją gospodarczą na lasy grotnickie spadła kolejna wielka groźba - ma przez ich obszar przebiegać zachodnia obwodnica aglomeracji łódzkiej. To będzie oznaczało kolejne wyręby i przecięcie kompleksu leśnego na 2 odseparowane od siebie części. Być może nie wszyscy zdają sobie sprawę z faktu, że następnym dużym kompleksem leśnym w kierunku północnym od lasów grotnickich są dopiero...lasy włocławsko-gostynińskie, zaczynające się na północ od Kowala i Gostynina, a więc w odległości ok. 80 km od Grotnik. Bliżej nie ma nic, bowiem Równina Kutnowska jest całkowicie wylesionym rolniczym obszarem. Gdy przestaną już istnieć lasy grotnickie, co chyba niedługo stanie się faktem, łódzkim miłośnikom szwendania się po borach i puszczach pozostanie jedynie wsiąść do samochodu i ruszyć w stronę Włocławka lub Gostynina lub w stronę Puszczy Kampinoskiej, gdzie szczęśliwie od pół wieku już nie tną.

powyżej: duży wyrąb w lasach grotnickich

powyżej: wyrąb na zachód od miejscowości Ustronie

powyżej: wyrąb w drzewostanie mieszanym na północ od Grotnik

powyżej: jeden z nielicznych przykładów działania dla dobra lasu w obrębie Nadleśnictwa Grotniki - plantacja lip założona kilkanaście lat temu na miejscu dużego wyrębu

powyżej: duży wyrąb w lasach włocławsko-gostynińskich niedaleko Skrzynek - tu jednak połacie lasów są olbrzymie i mozna to jakos przeboleć, bo ekploatacja gospodarcza lasów jest nieunikniona

środa, 28 grudnia 2011
ŚWIĄTECZNA PODRÓŻ KU STOLICY (PRZEZ ROZTOKĘ)

W tym roku święta nie były białe, co zapewne bardzo rozczarowało miliony miłośników białych świąt w naszym kraju, którzy tak naprawdę, jak rzekłby prezes, są zakamuflowaną opcją narciarską, która zamiast siedzieć przy wigilijnym stole, wolałaby poszaleć na stoku w Zakopanem. Ja i Ania nie jeździmy na nartach, Zakopane od kilku lat omijamy bardzo szeeeerokim łukiem, za białością nie tęsknimy (zwłaszcza po ostatnich dwóch zimach), tym bardziej, że, na miłość boską, ludzie kochani, śnieg, bałwanki i renifery nie mają naprawdę nic a nic wspólnego z narodzinami Jezusa Chrystusa (w Palestynie nie ma zimy ani reniferów)! 

Wigilię spędziliśmy przy dwóch wigilijnych stołach, w pierwszy dzień świąt też na obiedzie świątecznym u rodziców, bardzo zatem rodzinne święta nam wyszły, jak zawsze. Cóż zatem wspólnego z tą świąteczno-rodzinną scenerią ma fotka-wizytówka wpisu? Ano, żeby dopełnić rodzinnego charakteru tegorocznych świąt, w drugi ich dzień wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w podróż ku stolicy, gdzie część mojej rodziny mieszka (kiedyś spora jej część) na wątpliwej urody mega-hiper-blokowisku zwanym Ursynowem. Jednak oczywiście ta samochodowa podróż miała też drugie dno i drugi (a może nawet pierwszy) cel pod tytułem Puszcza Kampinoska. Ciągnie el kondora do Puszczy Kampinoskiej, oj ciągnie, ciągnie. Tak naprawdę bliskość tego olbrzymiego obszaru borów, wydm, bagien i łąk, wyłączonego 50 lat temu z gospodarczej eksploatacji, jest jedyną, naprawdę jedyną rzeczą, której zazdroszczę mieszkańcom stolicy.

Zatem głównym celem naszej podróży stała się Roztoka i znajdujący sie tam słynny parking oraz skrzyżowanie puszczańskich szlaków. W świątecznym dniu nasze kochane drogi krajowe nr 14 i nr 2 były zadziwiająco wręcz puste (to wyglądało jakbyśmy przenieśli się w lata 80), toteż szybko i przyjemnie dotarliśmy do Roztoki. Licznik w aucie pokazał równo 115 km - tyle trzeba przetoczyć się na kołach z Łodzi, a ze stolicy jest tu zaledwie jakieś 40 km (zaś pieszym szlakiem z Truskawia, do którego jeździ autobus z pl. Wilsona, ok. 16 km przez puszczę!).

Z parkingu w Roztoce uderzyłem zielonym szlakiem w kierunku wschodnim, po uprzednim przebraniu się w buty trekkingowe i kurtkę przeciwdeszczową. Ania została w aucie i oddała się lekturze, bo nie przepada za włóczeniem się po lasach, zwłaszcza w taka pogodę. Pogoda była zaiste fatalna. Przestało na krótką chwilę siąpić, ale w puszczy szaro-buro, zero światła, toteż wyszły marniutkie fotki, nienadające się do niczego. Jedyną zaletą tej pogody była temperatura - jak na koniec grudnia było bardzo ciepło. Na szlaku spotkałem trochę spacerowiczów i kilku kolarzy na góralach - bliskość stolicy dawała o sobie znać. Przeszedłem ok. 8-9 km w obie strony, pod koniec idąc już przy świetle latarki. Szaro-burość spowodowała, że krótko po godzinie 15 nastały w puszczy kompletne ciemności. Jednak i tak nie tęsknię za białymi świętami.

Szaro-bura Puszcza Kampinoska w rejonie Roztoki (dominuje tu sosnowy bór wydmowy):

powyżej: zielony szlak z Roztoki

A to już całkiem inna sceneria - widok na Ursynów, czyli symbol brzydoty, a może po prostu nijakości warszawskiej architektury, na dalekim planie Las Kabacki:

A co to majaczy we mgle? Statek kosmiczny? Nie, to Stadion Narodowy:

Ponad dachami starówki góruje gotycka dzwonnica kościoła nawiedzenia NMP na Nowym Mieście- oczywiście powojenna replika, jak cała warszawska starówka, ale mnie jako lodzermenschowi to nie przeszkadza :-):

A na koniec "prawdziwe" zabytki stolicy, co prawda nie dla wszystkich są one zabytkami, ale dla mnie jak najbardziej -powojenna architektura mieszkaniowa na ulicy Dzielnej, częściowo pochodząca z lat 50, przynajmniej autentyk:

Jak widać na załączonym obrazku, samochody w większości też zabytkowe (mój by tam bardzo pasował), co w stolicy jest zdecydowanie rzadkością.

Na koniec powiem, że zdecydowanie wolę jednak monotonię borów sosnowych w Puszczy Kampinoskiej, którą w tym roku odwiedziłem kilka razy, w większości przy o wiele piękniejszej aurze i mam na twardym dysku setki fotek, tylko że nie chce mi się ich opublikować na blogu. Może w Nowym Roku mi się zachce, zatem wszystkim wiernym gościom mojego bloga - Happy New Year 2012!

01:02, conradtheme , samochodem
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 listopada 2011
WIECZOROWĄ PORĄ

Nie ma jak czerwona Warka wieczorową porą:

Jest sierpień 1996 roku. Siedzę w pociągu pośpiesznym z Łodzi Kaliskiej do Zagórza - czeka mnie ponad 12-godzinna, jakże pośpieszna podróż w Bieszczady. To były czasy, gdy ostro łaziłem po górach i po wielkich puszczach, głównie na własnych nogach, wspomagając się w podróżowaniu 2 słynnymi firmami: PKP i PKS. Dzięki tym dwu firmom mój bagaż wspomnień i doświadczeń jest niezwykle bogaty i piszę to bez cienia ironii lub sarkazmu. W przedziale pociągu Łódź Kaliska - Zagórz siedzą ze mną dwaj poczciwi faceci po 40-tce z okolic Radomia, wracają w swoje rodzinne strony po załatwieniu jakichś ważnych spraw w wielkiej Łodzi. Przez 2 godziny rozmawiają z pasją i namiętnością na jeden tylko temat: "jakie to kiedyś za komuny, panie, było wspaniałe piwo - czerwona Warka". Tą rozmowę zapamiętałem na całe życie, choć nie jeżdzę już pociągami (obraziłem się na firmę PKP). Po blisko 3 godzinach jazdy do Radomia (tam smakosze dawnej Warki wysiedli) myślałem tylko o jednym: zasmakować czerwonej Warki. Musiałem troszkę poczekać, bo Warka Jasne Pełne w czerwonej puszce i butelce powróciło jak za starych dobrych czasów pod koniec lat 90.

Teraz nie mam wątpliwości, że nie ma nic lepszego jak wieczorową porą przechylić szklanicę czerwonej Warki. Zawsze wspominam przy tym dwóch prostych chłopów spod Radomia.

 

UWAGA! WPIS ZAWIERAŁ LOKOWANIE PRODUKTU! 

23:02, conradtheme , piwo
Link Komentarze (11) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14