niedziela, 29 stycznia 2012
KOREA PÓŁNOCNA

Pomiędzy Szczytnem, Jedwabnem i Wielbarkiem rozciąga się duży kompleks leśny nazywany często Lasami Korpelskimi. Nazwa ta wywodzi się od miejscowości Korpele, będącej właściwie przedmieściem Szczytna i jednocześnie siedzibą Nadleśnictwa Korpele. Lasy Korpelskie są w pewnym sensie kontynuacją ogromnego kompleksu lasów nazywanego zwykle Lasami Napiwodzkimi (od wsi Napiwoda koło Nidzicy), ciągnącego się mniej więcej w trójkącie Nidzica - Jedwabno - Wielbark, czasami wobec obydwu kompleksów - Lasów Napiwodzkich i Korpelskich używa się nazwy Puszcza Nidzicka. Jak go zwał, tak go zwał, fakt pozostaje faktem, że południowo - zachodni rejon Pojezierza Mazurskiego jest wyjątkowo bogaty w lasy i to nie małe rozproszone obszary leśne, tylko wielkie i zwarte kompleksy przecięte praktycznie jedynie 2 asfaltowymi szosami (szosą Nidzica-Szczytno i Jedwabno-Wielbark) oraz kilkoma gruntowymi, bocznymi drogami (niektóre z nich wyłożone są wciąż kocimi łbami jak np. droga z Zimnej Wody do Muszaków - ach, te mazurskie nazwy...) prowadzącymi do malutkich, zagubionych wśród lasów i z reguły popegeerowskich, biedniutkich wiosek. To taki polski "trzeci świat" - jedynie "wypasione" auta Warszawiaków gnających, ile fabryka dała, szosą Nidzica - Szczytno na weekend w Krainie Puszcz i Jezior, przypominają o tym, że tylko niecałe 200 km dzieli tą piekną ale ubogą krainę od bogatej i snobistycznej stolicy.

Lasy Korpelskie to w przytłaczającej większości bory sosnowe z niewielkim udziałem świerka (zaznacza się tu początek strefy borealnej - wiadomo, mazurski zimny klimat), jednak pośród tych borów znajduje się wyjątkowo dużo małych jezior i oczek wodnych oraz obszarów bagiennych. Na południe od małej wioski Witówko, a właściwie pomiędzy Witówkiem a śródleśnym Jeziorem Sasek Mały, w samym środku Lasów Korpelskich położony jest jeden z takich dużych śródleśnych obszarów bagiennych, noszący, nie wiedzieć czemu, zwyczajową nazwę Korea Północna. To zupełnie nieskażone, pierwotne miejsce, oaza prawdziwie dziewiczej przyrody, jaką można jeszcze odnaleźć chyba tylko Polsce północno-wschodniej. To właśnie na skraju bagien Korei Północnej pojawiłem się po ponad godzinnym pieszym marszu od asfaltowej drogi z Warchałów do Witówka z obiektywem mojego aparatu. Zupełnie wyjątkowo mogłem cieszyć się wówczas całkiem niezłą pogodą, bo trzeba tu zaznaczyć, że działo się to wszystko w pamiętnym fatalnym pogodowo lipcu 2011 roku. Gdyby tylko nie te chmary komarów usiłujących pozbawić mnie krwi, to mógłbym powiedzieć, że byłem w raju.

A oto kilka widokówek mojego autorstwa z tego podmokłego raju zwanego Koreą Północną:

sobota, 14 stycznia 2012
LEŚNE PRZEDSIĘBIORSTWO PRODUKCYJNO-HANDLOWE (BRANŻA DREWNIANA)

 

Jest w tym kraju kilku stukniętych dziwaków takich jak el kondor, którzy włóczą się po lasach nie wiadomo po co. No bo po co niby chodzić po lesie, jak się grzybów na wiadra nie zbiera (chociaż w sierpniu zeszłego roku udało mi się w lasach spalskich koszyczek zapełnić), jagód też nie, ziół tym bardziej nie, do tego jeszcze się nie kłusuje, ani nie poluje, ani śmieci nielegalnie nie wywozi, a robotnikiem leśnym również się nie jest. To po jakie licho szwendać się po tych borach i puszczach i płoszyć zwierzynę łowną? Powinno się takich leczyć. Las to nie miejsce na jakieś wysublimowane estetyczne doznania rozkapryszonych i zdziwaczałych mieszczuchów, tylko wielkie i przynoszące konkretne zyski państwowe przesiębiorstwo produkcyjno-handlowe działające prężnie w branży drewnianej. Las to wymierna ilość drewna do pozyskania. Przynajmniej taką koncepcję i wizję gospodarki leśnej prezentuje państwowa firma funkcjonująca pod nazwą Nadleśnictwo Grotniki. Firma jest to może i państwowa, lecz jej celem dawno już stało się osiągnięcie dużych zysków w branży produkcji i sprzedaży drewna. Las to zwyczajna fabryka, tyle że produkująca nie samochody, nie laptopy, nie rajstopy, tylko drewno. Taką właśnie filozofię najwyraźniej wyznają władze Nadleśnictwa Grotniki i efekty takiej filozofii widać, gdy przespacerujemy się po największych kompleksach leśnych podłódzkiego nadleśnictwa: lasach lućmiersko-grotnickich, lesie szczawińskim i lesie Chrośno.

powyżej: po świeżym wyrębie w lasach grotnickich na północ od Grotnik, lipiec 2011 - przy okazji wyrębu wycięto spory drzewostan mieszany i liściasty oraz całkowicie zniszczono znakowaną trasę rowerową 

 O rabunkowej gospodarce leśnej prowadzonej w sąsiadujących z aglomeracją łódzką lasach pisała już kilka lat temu łódzka prasa. Niestety nic w tym zakresie nie uległo zmianie. Co roku w zastraszającym tempie powiększają się powierzchnie wyrębów. Prym w tym względzie wiodą lasy grotnickie. Zaczynają one przypominać coś w rodzaju sita, taką jakby szachownicę, w której pola pokryte jeszcze niewyciętym lasem sąsiadują z polami wyrębów. Tnie się tutaj naprawdę na potęgę, pod piłę idą zarówno fragmenty boru sosnowego, lasu mieszanego, jak i fragmenty drzewostanów liściastych, których w lasach lućmiersko-grotnickich oraz w lesie szczawińskim (gdzie również drwale nie próżnują) nie brakuje. Na początku lata 2011 w czasie dużego wyrębu w lesie mieszanym i liściastym na północ od Grotnik (ok. 1-2 km od cmentarza w Grotnikach, w kierunku autostrady A2) zdewastowano wytyczoną kilka lat wcześniej znakowaną trasę rowerową z Grotnik do rezerwatu "Dąbrowa Grotnicka", z której sam wiele razy korzystałem i z niej robiłem fotki, które były prezentowane na tym blogu. Po wyrębie trasa została całkowicie zabarykadowana ściętymi balami sosen, a w innych miejscach zamieniona została w nieprzejezdne dla roweru piaszczysto-błotniste wyrobisko, zapewne na skutek ciągłego przejeżdżania po niej traktorów i ciężarówek transportujących drewno:

Ktoś powie, że lasy trzeba jednak eksploatować gospodarczo i że państwowa forma własności jest dla nich i tak najlepsza - zgadzam się z taką tezą w 100 procentach, zwłaszcza z tą drugą. Gdyby nie Lasy Państwowe, lasów w Polsce już by pewnie nie było. Są w Polsce, także w województwie łódzkim nadleśnictwa, które traktują las jak prawdziwe dobro, prawdziwy skarb i gospodarują tym dobrem bardzo oszczędnie, skupiając się w dużym stopniu na ochronie drzewostanów. Są jednak i takie nadleśnictwa, które traktują las jak zwykły zakład produkcyjny. Przykład działalności tego drugiego typu nadleśnictw można zobaczyć właśnie na wykonancyh przeze mnie fotkach. Lasy grotnickie znam jak własną kieszeń - szwendam się tutaj pieszo i na rowerze od ponad 20 lat i widzę, co się dzieje. Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego tak rabunkowo tnie się lasy będące swoistą otuliną dla łódzkiej aglomeracji, będące jedynymi dużymi obszarami leśnymi znajdującymi się w pobliżu Zgierza i Łodzi. W ogromnych kompleksach leśnych takich jak Puszcza Notecka, Bory Tucholskie albo Puszcza Piska taka gospodarka nie wywołuje aż takich strat i nie niszczy ona w takim stopniu krajobrazu, no bo po prostu połacie lasu są tam tak olbrzymie, że obszary wyrębów nie rzucają się aż tak bardzo w oczy. Jednak nawet w Borach Tucholskich i w Puszczy Piskiej gospodarka leśna wydaje się być prowadzona z dużo większym umiarem i rozwagą niż w skromnych powierzchniowo podłódzkich lasach. A pamiętajmy, że województwo łódzkie należy do województw najuboższych w lasy. 

Poza intensywną eksploatacją gospodarczą na lasy grotnickie spadła kolejna wielka groźba - ma przez ich obszar przebiegać zachodnia obwodnica aglomeracji łódzkiej. To będzie oznaczało kolejne wyręby i przecięcie kompleksu leśnego na 2 odseparowane od siebie części. Być może nie wszyscy zdają sobie sprawę z faktu, że następnym dużym kompleksem leśnym w kierunku północnym od lasów grotnickich są dopiero...lasy włocławsko-gostynińskie, zaczynające się na północ od Kowala i Gostynina, a więc w odległości ok. 80 km od Grotnik. Bliżej nie ma nic, bowiem Równina Kutnowska jest całkowicie wylesionym rolniczym obszarem. Gdy przestaną już istnieć lasy grotnickie, co chyba niedługo stanie się faktem, łódzkim miłośnikom szwendania się po borach i puszczach pozostanie jedynie wsiąść do samochodu i ruszyć w stronę Włocławka lub Gostynina lub w stronę Puszczy Kampinoskiej, gdzie szczęśliwie od pół wieku już nie tną.

powyżej: duży wyrąb w lasach grotnickich

powyżej: wyrąb na zachód od miejscowości Ustronie

powyżej: wyrąb w drzewostanie mieszanym na północ od Grotnik

powyżej: jeden z nielicznych przykładów działania dla dobra lasu w obrębie Nadleśnictwa Grotniki - plantacja lip założona kilkanaście lat temu na miejscu dużego wyrębu

powyżej: duży wyrąb w lasach włocławsko-gostynińskich niedaleko Skrzynek - tu jednak połacie lasów są olbrzymie i mozna to jakos przeboleć, bo ekploatacja gospodarcza lasów jest nieunikniona

środa, 28 grudnia 2011
ŚWIĄTECZNA PODRÓŻ KU STOLICY (PRZEZ ROZTOKĘ)

W tym roku święta nie były białe, co zapewne bardzo rozczarowało miliony miłośników białych świąt w naszym kraju, którzy tak naprawdę, jak rzekłby prezes, są zakamuflowaną opcją narciarską, która zamiast siedzieć przy wigilijnym stole, wolałaby poszaleć na stoku w Zakopanem. Ja i Ania nie jeździmy na nartach, Zakopane od kilku lat omijamy bardzo szeeeerokim łukiem, za białością nie tęsknimy (zwłaszcza po ostatnich dwóch zimach), tym bardziej, że, na miłość boską, ludzie kochani, śnieg, bałwanki i renifery nie mają naprawdę nic a nic wspólnego z narodzinami Jezusa Chrystusa (w Palestynie nie ma zimy ani reniferów)! 

Wigilię spędziliśmy przy dwóch wigilijnych stołach, w pierwszy dzień świąt też na obiedzie świątecznym u rodziców, bardzo zatem rodzinne święta nam wyszły, jak zawsze. Cóż zatem wspólnego z tą świąteczno-rodzinną scenerią ma fotka-wizytówka wpisu? Ano, żeby dopełnić rodzinnego charakteru tegorocznych świąt, w drugi ich dzień wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w podróż ku stolicy, gdzie część mojej rodziny mieszka (kiedyś spora jej część) na wątpliwej urody mega-hiper-blokowisku zwanym Ursynowem. Jednak oczywiście ta samochodowa podróż miała też drugie dno i drugi (a może nawet pierwszy) cel pod tytułem Puszcza Kampinoska. Ciągnie el kondora do Puszczy Kampinoskiej, oj ciągnie, ciągnie. Tak naprawdę bliskość tego olbrzymiego obszaru borów, wydm, bagien i łąk, wyłączonego 50 lat temu z gospodarczej eksploatacji, jest jedyną, naprawdę jedyną rzeczą, której zazdroszczę mieszkańcom stolicy.

Zatem głównym celem naszej podróży stała się Roztoka i znajdujący sie tam słynny parking oraz skrzyżowanie puszczańskich szlaków. W świątecznym dniu nasze kochane drogi krajowe nr 14 i nr 2 były zadziwiająco wręcz puste (to wyglądało jakbyśmy przenieśli się w lata 80), toteż szybko i przyjemnie dotarliśmy do Roztoki. Licznik w aucie pokazał równo 115 km - tyle trzeba przetoczyć się na kołach z Łodzi, a ze stolicy jest tu zaledwie jakieś 40 km (zaś pieszym szlakiem z Truskawia, do którego jeździ autobus z pl. Wilsona, ok. 16 km przez puszczę!).

Z parkingu w Roztoce uderzyłem zielonym szlakiem w kierunku wschodnim, po uprzednim przebraniu się w buty trekkingowe i kurtkę przeciwdeszczową. Ania została w aucie i oddała się lekturze, bo nie przepada za włóczeniem się po lasach, zwłaszcza w taka pogodę. Pogoda była zaiste fatalna. Przestało na krótką chwilę siąpić, ale w puszczy szaro-buro, zero światła, toteż wyszły marniutkie fotki, nienadające się do niczego. Jedyną zaletą tej pogody była temperatura - jak na koniec grudnia było bardzo ciepło. Na szlaku spotkałem trochę spacerowiczów i kilku kolarzy na góralach - bliskość stolicy dawała o sobie znać. Przeszedłem ok. 8-9 km w obie strony, pod koniec idąc już przy świetle latarki. Szaro-burość spowodowała, że krótko po godzinie 15 nastały w puszczy kompletne ciemności. Jednak i tak nie tęsknię za białymi świętami.

Szaro-bura Puszcza Kampinoska w rejonie Roztoki (dominuje tu sosnowy bór wydmowy):

powyżej: zielony szlak z Roztoki

A to już całkiem inna sceneria - widok na Ursynów, czyli symbol brzydoty, a może po prostu nijakości warszawskiej architektury, na dalekim planie Las Kabacki:

A co to majaczy we mgle? Statek kosmiczny? Nie, to Stadion Narodowy:

Ponad dachami starówki góruje gotycka dzwonnica kościoła nawiedzenia NMP na Nowym Mieście- oczywiście powojenna replika, jak cała warszawska starówka, ale mnie jako lodzermenschowi to nie przeszkadza :-):

A na koniec "prawdziwe" zabytki stolicy, co prawda nie dla wszystkich są one zabytkami, ale dla mnie jak najbardziej -powojenna architektura mieszkaniowa na ulicy Dzielnej, częściowo pochodząca z lat 50, przynajmniej autentyk:

Jak widać na załączonym obrazku, samochody w większości też zabytkowe (mój by tam bardzo pasował), co w stolicy jest zdecydowanie rzadkością.

Na koniec powiem, że zdecydowanie wolę jednak monotonię borów sosnowych w Puszczy Kampinoskiej, którą w tym roku odwiedziłem kilka razy, w większości przy o wiele piękniejszej aurze i mam na twardym dysku setki fotek, tylko że nie chce mi się ich opublikować na blogu. Może w Nowym Roku mi się zachce, zatem wszystkim wiernym gościom mojego bloga - Happy New Year 2012!

01:02, conradtheme , samochodem
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 listopada 2011
WIECZOROWĄ PORĄ

Nie ma jak czerwona Warka wieczorową porą:

Jest sierpień 1996 roku. Siedzę w pociągu pośpiesznym z Łodzi Kaliskiej do Zagórza - czeka mnie ponad 12-godzinna, jakże pośpieszna podróż w Bieszczady. To były czasy, gdy ostro łaziłem po górach i po wielkich puszczach, głównie na własnych nogach, wspomagając się w podróżowaniu 2 słynnymi firmami: PKP i PKS. Dzięki tym dwu firmom mój bagaż wspomnień i doświadczeń jest niezwykle bogaty i piszę to bez cienia ironii lub sarkazmu. W przedziale pociągu Łódź Kaliska - Zagórz siedzą ze mną dwaj poczciwi faceci po 40-tce z okolic Radomia, wracają w swoje rodzinne strony po załatwieniu jakichś ważnych spraw w wielkiej Łodzi. Przez 2 godziny rozmawiają z pasją i namiętnością na jeden tylko temat: "jakie to kiedyś za komuny, panie, było wspaniałe piwo - czerwona Warka". Tą rozmowę zapamiętałem na całe życie, choć nie jeżdzę już pociągami (obraziłem się na firmę PKP). Po blisko 3 godzinach jazdy do Radomia (tam smakosze dawnej Warki wysiedli) myślałem tylko o jednym: zasmakować czerwonej Warki. Musiałem troszkę poczekać, bo Warka Jasne Pełne w czerwonej puszce i butelce powróciło jak za starych dobrych czasów pod koniec lat 90.

Teraz nie mam wątpliwości, że nie ma nic lepszego jak wieczorową porą przechylić szklanicę czerwonej Warki. Zawsze wspominam przy tym dwóch prostych chłopów spod Radomia.

 

UWAGA! WPIS ZAWIERAŁ LOKOWANIE PRODUKTU! 

piątek, 04 listopada 2011
BARDZO JESIENNE LASY

Jesień osiągnęła apogeum. Lasy przybrały barwy intensywnie czerwono-żółto-brązowe, a słońce, którego w pierwszych dniach listopada nam nie brakuje (żeby taka pogoda była w listopadzie!) dodatkowo te piękne kolory wyostrza. Nic tylko łazić z obiektywem po lesie, zachwycać się i cykać fotki. W województwie łódzkim lasów jak na lekarstwo, ale przecież nie wszędzie jest tak bezleśnie, trzeba jedynie od stolicy województwa trochę się oddalić i takie oto można podziwiać obrazki:

 

sobota, 22 października 2011
IMPRESJE SULEJOWSKIE

 

W październikowy, zimny niedzielny wieczór tuż przed zachodem słońca pojawiłem się z obiektywem nad brzegiem Zalewu Sulejowskiego. Zalew Sulejowski jak to Zalew Sulejowski - niby nic nadzwyczajnego, w sezonie letnim nie ma tam czego szukać (chyba, że ktoś lubi śmieci i oblegane przez tłumy kąpieliska), ale w jesienny wieczór to zupełnie inne miejsce. Całkowita pustka, nie licząc pojedynczej łodzi na wodzie i dwóch wędkarzy na brzegu - tylko ja, przestrzeń i zachodzące słońce:

 

20:31, conradtheme , foto
Link Komentarze (7) »
środa, 12 października 2011
JESIENNE LASY

Od trzech tygodni mamy jesień. Dla każdego miłośnika lasu jesień to szczególna pora, której absolutnie nie wolno przegapić i to nie tylko ze względu na grzyby (których w tym roku akurat nie ma). Tylko jesienią przez krótki okres czasu lasy nabierają iście malarskich barw i pejzaż leśny staje się tak zniewalająco piękny, że aż domaga się, żeby rozstawić sztalugi i utrwalić go na płótnie. Jeżeli jednak ktoś nie dostał od Bozi talentu do pędzla, to pozostaje mu na szczęście obiektyw aparatu i karta pamięci - i tak jest właśnie w przypadku El kondora. Nic więcej pisać nie trzeba, niech resztę wypowie przyroda na zdjęciach, wykonanych przeze mnie w najpiękniejszych lasach województwa łódzkiego: lasach spalsko-rogowskich oraz lasach kolskich:

czwartek, 29 września 2011
NIEHONOROWY DAWCA KRWI

Opowieść to będzie przydługa o tym, jak, wbrew własnej woli, stałem się niehonorowym dawcą krwi w Puszczy Kampinoskiej. A jak do tego dramatu doszło? Ano, w ostatni piątek sierpnia wsiadłem do samochodu i po prawie 3 godzinach jazdy zajechałem na leśny parking w Piaskach Królewskich. Wszystkim zdziwionym faktem, iż tyle czasu zajęła mi podróż z Łodzi w rejon Śladowa, Kromnowa i Nowin (normalnie ok. 100-110 km), a więc do północno-zachodnich granic Kampinoskiego Parku Narodowego, śpieszę z wyjaśnieniem, iż wówczas pod koniec sierpnia wciąż był zamknięty most na Utracie w Sochaczewie-Trojanowie, co zmuszało do zrobienia długiego objazdu przez Żelazową Wolę od strony krajowej "dwójki" (przez Kożuszki-Parcel i Zosin) każdego, kto chciałby z Sochaczewa jechać na Brochów i Śladów. Albowiem trzeba wiedzieć, że od pamiętnej mokrej wiosny 2010 aż do września tego roku Sochaczew był przecięty na pół i sparaliżowany komunikacyjnie z powodu rozwalenia się mostu na malutkiej Utracie (nastąpiło to po przejechaniu po nim autobusu). Dodatkowo opóźnił mnie objazd przez Famułki Brochowskie i Miszory, który już dobrowolnie sobie uczyniłem, chcąc popatrzeć na piękne i rozległe bagna kampinoskie zwane Famułkowskim Błotem. Dosyć jednak o objazdach i jeździe samochodem jako takiej, choć jest to jedyny skuteczny sposób na dostanie się do Puszczy Kampinoskiej z mojego miasta. Pierwszy raz zdecydowałem się rozpocząć wędrówkę po Kampinoskim PN od jego północnej granicy, zawsze zaczynałem od osady Granica, z Roztoki lub Truskawia. Gdy jednak z leśnego parkingu w Piaskach skierowałem się z małym plecakiem i 2 aparatami na żółty szlak do Krzywej Góry po początkowym wielkim entuzjaźmie wywołanym widokiem pięknych sosnowych borów świeżych szybko ogarnęło mnie przerażenie. Dotarła bowiem do mnie świadomość prawdziwego celu mojej bytności w ten upalny i duszny sierpniowy piątek w Puszczy Kampinoskiej, celu którego wcześniej zupełnie sobie nie uświadamiałem. Zjawiłem się w tej przyrodniczej perle Mazowsza nie po to, by robić fotki i podziwiać piękno oraz ogrom puszczy, ale po to, by niehonorowo i w stanie przymusu bezpośredniego oddawać swoją cenną krew nieprzeliczonym chmarom latających wampirów, które, jak się okazało, tego lata całkowicie i niepodzielnie skolonizowały Puszczę Kampinoską. Tak, drodzy czytelnicy, żywić wampiry tam pojechałem, szkoda tylko, iż nikt mnie nie uświadomił co do prawdziwego celu mojej długiej poróży! To dopiero rozrywka i frajda! Przejechać 120 km na własny koszt, dusić się w blaszanym pudełku, oglądając od tyłu naczepy tirów (na DK 2 i DK 14 nie wyprzedzisz, taki szalony ruch) po to, żeby spragnione krwi samice-wampirzyce mogły się pożywić krwią jedynego dawcy-frajera, jaki akurat zjawił się w ich rewirze.

powyżej: to dziwne, sztucznie wyostrzone zdjęcie było pierwotnie bardzo nieostre - efekt focenia 1 ręką w popłochu, żeby zarobić tylko 5 ukąszeń na palcach, a nie 40 - bo to była zupełnie realna liczba

powyżej: tej fotki robionej na super-szybko 1 ręką nie wyostrzyłem

Komarów były setki, jeżeli nie tysiące. Po prostu połykało się je przy oddychaniu, obijały się o dłonie, wpadały do oczu i nosa. Nie można było zatrzymać się nawet na 2 sekundy. O załatwieniu potrzeb fizjologicznych nie było mowy. Wampirzy szał wzmagał się z każdą godziną - im bliżej wieczoru, tym głód krwi większy, a dawca tylko jeden w postaci el kondora. Pomimo upału i wielkiej duchoty musiałem zaraz po wejściu do lasu włożyć długie spodnie i...lekką wiosenną kurtkę na gołe ciało, żeby było choć ciutkę chłodniej. Oczywiście popłynąłem obfitym potem w warunakch tego tropiku, ale przez sam T-shirt wampiry pobierały krew bezproblemowo. Non stop wywijałem ponad glową tym własnie T-shirtem - był to jedyny sposób na uchronienie się przed pokąsaniem twarzy. Tak szedłem w podskokach i wywijasach - niehonorowy dawca krwi.

Do d..y z taką wyprawą! Do opuszczonej leśniczówki w Krzywej Górze, co prawda, doszedłem (raczej: dowywinąłem się), ale zamiast iść dalej czerwonym szlakiem, wróciłem na parking, ochoczo machając koszuliną wokół głowy. Potańczyłem trochę mazurka wokół auta, bo tylko tańczyć się już dało (nawet jak ktoś nie umiał), wsiadłem, wybiłem kilka sztuk wewnątrz auta i ruszyłem do domu z najgłupszej i najbardziej bezsensownej wycieczki w moim życiu. Zamiast setek pięknych fotek była wielka klęska fotograficzna. Dawca krwi pojechał do domu. I nikt mu nie zwrócił za utraconą krew. I nikt mu nie zapłacił za sączące się rany, po których wciąż ma ślady - rany po rozdrapanych obrzękach.

Parę fotek jednak zrobiłem:

powyżej:opuszczone budynki leśniczówki Krzywa Góra

powyżej: Puszcza Kampinoska w rejonie Piask Królewskich

powyżej: bór sosnowy świeży przy Kromnowskiej Drodze

A tak prezentowały się wielkie bagna znajdujące się między Famułkami Brochowskimi a Famułkami Królewskimi, widziane z drogi Famułki Brochowskie-Miszory:

czwartek, 08 września 2011
W ŚWIECIE MAKRO

Ach, co to była za niedziela ta pierwsza niedziela września 2011! Lato w pełni, chociaż babie, to jednak upalne i słoneczne - o takim babim lecie to można było sobie tylko pomarzyć w lipcu, kiedy to nieraz termometr pokazywał 12 stopni C, a z nieba sikało i sikało bez przerwy. Tym razem nie będzie jednak pisania dla samego pisania, niech przemówi obrazem świat makro:

piątek, 02 września 2011
SPOTKANIE Z YOUNGTIMEREM

W pewien ładny sierpniowy wieczór podróżowałem z Anią samochodem po Pobrzeżu Słowińskim, szukając dojazdu nad Jezioro Gardno, które chcieliśmy zobaczyć. W końcu udało nam się dojechać nad samo jezioro (mam na myśli oczywiście dojazd normalną, dopuszczoną do ruchu kołowego drogą) dzięki temu, że znajdował się na jego brzegu surfing camp. Z campingu można było podziwiać rozległą panoramę jeziora, znajdującego się w całości w granicach Słowińskiego Parku Narodowego, ale oprócz tego czekała na nas jeszcze inna wielka atrakcja - spotanie z youngtimer'em, czyli zabytkowym samochodem pochodzącym z lat 60, 70 lub 80 ubiegłego wieku.

Tym youngtimer'em była Dacia 1300, a więc samochód produkowany w Rumunii do 1979 roku (!!). Pomimo swojego zaawansowanego wieku, który musiał przekraczać 30 lat, Dacia dojechała nad Gardno z dawnego województwa opolskiego o własnych siłach! To ok. 700 km w jedną stronę! Celowo nie zamazałem numerów rejestracyjnych tej perełki, bo myślę, że jej właściciel nie będzie miał mi za złe, że pokazuję ją na moim blogu w jak najlepszym świetle, bo na takie pokazywanie zasługuje. Wiem, że dla wielu czytelników mojego bloga motoryzacja nie jest zbyt interesującą dziedziną, ale jednak stare auta to zupełnie inna bajka - przyznajcie to sami. Popatrzcie na deskę rozdzielczą Dacii, uderza zadziwiająca jak na lata 70 nowoczesność designu zegarów:

A na koniec rzut oka na Jezioro Gardno:

 

01:11, conradtheme , stare auta
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14